Wielka draka w chińskiej dzielnicy |
||||
|
Wielka draka w chińskiej dzielnicy
( niemieckiej knajpie) Czyli spotkanie polskiej Polonii polaków polskiego pochodzenia na Malcie W posiadanie lewego cynku o spotkaniu Polonii na Malcie, weszłam po godzinach tragicznego buszowania w internecie, gdy ju całkowicie straciłam nadzieje na spotkanie i, tym bardziej, porozmawianie sobie w ludzkim języku. - Wychodzę w piątek, nie wrócę na śniadanie- oznajmiłam kulturalnie osłupiałemu małżonkowi. - Bo wiesz, nasi tu są!! – zapiszczałam prawie jak Maksiu z Seksmisji- pogadam sobie, zapoznam, potańczę…. może nawet Jola będzie…- rozmarzyłam się, wspominając ulubiona scenę z filmu. - Nigdzie nie wyjdziesz- mąż znając moje wychodzenie na imprezy zdecydowanie odmówił – no nie żebym ci czegoś zabraniał, ale dobrze wiesz, jak to się kończy….- dodał jakby nieprzekonany. Zamordują, zgwałcą, sprzedadzą, nie znajdę cię…..- Załkał w rękaw, - i kto mi będzie gotował? – Zakończył tragicznie. Już sobie wyobraził, jak to w duchu wspólnoty narodowej wszyscy uprawiamy obscenicznie sex w miejscu publicznym, palimy hasz, wlewamy w siebie hektolitry napoju przewodniego polskiego, uzewnętrzniamy spożyta wcześniej kolacje, demolujemy ławki na Strandzie wypisując na nich tradycyjne - TU BYLEM!!!, w końcu odprowadzamy się nawzajem we wczesnych godzinach rannych, rzewnie zawodząc – Dziewczyno, czy ci nie żaaaaaal…..!!!!!! - Nieeee, takich atrakcji to chyba nie będzie – zadumałam się nad potencjalna rozrywka i choć nie byłam pewna, skonsultowałam się smsowo z Ania, która to, choć nie widziała mnie jeszcze na oczy, wyraziła chęć przyjścia. - Zobacz – podetknęłam mężowi telefon pod oczy – kobieta tez będzie – pisze, ze nawet nie jedna!! Kobieta!!! Kilka kobiet!!! - Pewno, pewno, same kobiety… to może ja tez przyjdę??? – zmienił zdanie i ucieszył się niesamowicie – tez sobie pogadam, zapoznam… Przetargowo rzuciłam mężowi piwko, jedzonko i Playboya, i uzbrojona w komórkę marki – nie kradnij, jestem denna- do komunikacji z duchem nie widzianej wcześniej Polki Ani, oraz kilka funtów w myśl- bo może zabraknąć na atrakcje wydumane przez męża, wyruszyłam w sina dal, bo na Malte, oprócz plag egipskich i polskich, spadła zadziwiająca mgła. Przed Pizza Hut się ustawiłam i gdy nikt się nie zjawiał a ja już zaczynałam powoli przeliczać, jaka to mam zażądać stawkę, usłyszałam ludzki, znany dobrze szeleszczący język. NASI!!! Ha, grupa silna pod wezwaniem się stawiła i wyraziła chęć spożycia, alkoholu jak najbardziej, cobyśmy kultury narodowej nie zawiedli i dali przykład bezpardonowej zabawy na ziemiach obcych, może wkrótce odzyskanych. ( przecież wszyscy dobrze wiedza, ze Polacy i Maltanki, to jak dwa bratanki….) W La Rive posialiśmy popłoch wśród kelnerów, którym to nie udało się wyperswadować nam pierwszego demolowania kafeterii w postaci poprzestawiania polowy stolików, tak, żeby każdy miał przed sobą powierzchnie do stawiania piwa, wina, czegokolwiek…(ja tu wcale dwuznacznie nie pisze…). Szaleńczo się rozgadaliśmy, każdy się połączył w kimś w grupy, zapisaliśmy się natychmiast do czternastu partii naraz, trzech koalicji a za pomocą przyjaznych bukmacherów, obstawiliśmy najlepsze konie, tzn. Kaczki, bo nie wiadomo tak do końca, czy to bliźniacy w końcu skradli ten księżyc a Donald to tylko guma do żucia, czy to tylko tak nas rodzice od dzieciństwa agitują. Rozmowy i dyskusje wybuchały rożne, tu i tam, a to sztuce, a to o designie, a to o Londynie, Warszawie, pogodzie I dupie Maryni. Gdy pękły pierwsze lody I kilka półlitrówek, sssssssdecydowalismy się przenieść w miejsca bardziej bliższe naszej kulturze, to znaczy do bawarskiej knajpki, gdzieś w zagmatwanych uliczkach Sliemy. Zdążyłam tylko spostrzec pełne ulgi spojrzenie kelnera, po czym chętnie, niestety jeszcze nie ze śpiewem na ustach, wyruszyliśmy przed siębie. Po drodze zgarnęliśmy mojego męża, któremu skończył się Playboy a wizja gwałcenia, morderstwa i pijaństwa wydala się bardziej atrakcyjna niż siędzenie w domu I picie w samotności. (do tej pory jeszcze nikt nie wiedział, ze wizja mego męża była niezwykle prorocza) Sąsiedzi zza zachodniej granicy przyjęli nas niezwykle uroczo. Właściciel w skórzanych spodenkach, biegał, aż mu się małe co nieco odparzyło, jego zaś małżonka, odziana jak trzeba, w pasująca do męża i miejsca chudobę, prezentowała okolicznościowy warkoczo-podobny obwarzanek na głowie i zadziwiającą umiejętność przyrządzania szesnastu różnych potraw, na dwóch patelniach, jednej kuchence i z trzech tylko składników. Było pyszne, co tu będę, kłamała. W mroźnej atmosferze ( ale tylko z powodów nadużywania pilota do klimatyzacji), dołączyło do nas kilku nowych, zatwardziałych w bojach zagranicznych, Polaków. Marek, który dzielnie sekundował naszym Mężczyznom w piciu, tj., chciałam powiedzie, w dysputach wielce filozoficznych, na temat wyższości wódki polskiej nad niemiecka oraz wskaźnika spożywania w krajach zaprzyjaźnionych, oraz Steffen ( ale nie Mueller) z Ania, polska austriaczka. ( Pragnę tu nadmienić, ze usilnie staram się dowieść ze to klon samego Arnolda Schwarzeneggera. Co prawda, wypierał się, jakoby jest z nim w jakikolwiek sposób spokrewniony, mimo, ze szeroki jego uśmiech, żeby, tudzież twarda austriacka wymowa, czyniły go niezwykle temu zbliżonym. Jedynym nieudanym skutkiem ubocznym klonowania, był całkowity prawie zanik masy mięśniowej, za to zdecydowany przyrost szarych komórek, co naoczni mogli zaobserwować, gdy klon usiłował ograć ich w pokera. Po konsultacji z mężem, postanowiłam zostawić go w spokoju, w końcu przyszedł incognito, I to jeszcze z jedna z Naszych.) Przy stole powtórkowo toczyły się rozmowy, nie tylko o dupie Maryni, ba! przyśpiewki wielojęzyczne nastąpiły tudzież wymiana poglądów na temat zdzierstwa w kupowaniu oryginalnych przedmiotów w sklepach I przyjaźniejszych na Allegro. Woda ognista spotęgowała nasza przynależność narodowa, wobec czego opluliśmy rasistowski murzynów demolujących londyńskie mieszkanie Grażynki oraz pożerających niczemu winne rybki, maltańczyków za wygórowane ceny artykułów spożywczych, Niemców za piwo a garbatych za proste dzieci. Mój mąż siedział cicho w kacie, usiłując zrozumieć choć jedno słowo I nie przyznawać się, ze z pochodzenia jest Turkiem. Jeszcze byśmy go za Wiedeń i Sobieskiego pokarali. ( a jak nie my, to austriacki klon…). Zrobiło się późno a w związku z tym, ze demografia w Polsce mała, postanowiłam z mężem opuścić posiedzenie, w celach jej intensywnego podniesienia. Demografii, rozumie się. Czynu tego pożałowałam już kilka godzin później, bo nie tylko, ze do podnoszenia populacji, podupadłej wyjazdami do Anglii, nie doszło, to jak zwykle ominęły mnie najlepsze rozrywki. Co działo się przed knajpa, niech sobie poczytają jak chcą ( a polecam, warto), na www.moja-malta.pl w dziale forum. Wiem tylko, ze spotkałam przed knajpa Anetę i Agnieszkę, kurczowo trzymające w rekach telefony i usiłujące zadzwonić na policje. - Dzwon!!!- wydarłam się na męża- no dzwoń… Q§§§%&§&&QQQ- bo oni się tam bija!!! Bili się, owszem. Po odgłosach można było poznać, ze bilo się kilka osób, w tym: duszono dwie, trzy się biły, cztery kobiety były skalpowane, jedna w samochodzie, druga w bagażniku. Mężczyźni a to się okładali, patrz poniżej czym, a to używali bezeceństw w bliżej nam niezidetyfikownym maltańskim, psy jakieś i koty darły się wniebogłosy a jako użyteczna bron obosieczna poszły w ruch: - Krzesła, - Stoły, - Lampy - Wszelkiego rodzaju wyposażenie knajpowe typu szklanego, - Metalowe sztachety, - Asfalt, - samochód, - nie wspominając o kończynach górnych oraz dolnych, - szal i amok zainteresowanych* ( * niepotrzebne skreślić) Policja przybyła, wtargnęła do knajpy a ja wiedząc, ze to NASZYM się oberwało i to nie MY byliśmy prowodyrami tejże straszliwej draki, udałam się, pod pachę z zakręconym małżonkiem do domu. - Buaaa!!!! Ale fajnie było, jacy oni sympatyczni!!! No widzisz, cały czas ci mówiłem, żebyś poszła a ty nie chciałaś!! To kiedy się spotykamy następny raz????? Nic dodać, nic ująć. A ponieważ pobyt w knajpie mi się skończył I nie jestem pewna, ze ujęłabym to lepiej niż sprawozdanie Wojtka, to finalizuje historie, moja wersja dla dorosłych. W drodze do domu opadła nas mgła I dwa koty chore na wściekliznę. Kotów się pozbyliśmy, mgły nie, zatem postanowiliśmy się przebrać i wyjść w mroczne ulice Sliemy, porobić jeszcze mroczniejsze zdjęcia. W domu okazało się, ze okno w łazience jest niedomknięte, który to fakt bardzo mnie zdenerwował. - Szczury nam wejdą, robale jakieś- zamarudziłam mężowi, który nie wykazywał ochoty na walkę przeciw cztero-, sześcio- i ośmionogim stworzeniom. - Sama zamknij…. Po zdemolowaniu całej łazienki, rozsypaniu pudrów, rozbiciu perfum i połamaniu paznokci, zagroziłam mężowi za brak współpracy, obsobaczyłam do piątego pokolenia włącznie i zażądałam wyników, polegających na konsekwentnym, trwałym I szczelnym zamknięciu okna. ( machanie raczkami I tupanie nóżkami oraz straszenie niepodnoszeniem demografii). - Dobra, już zamykam, JUZ!!- po czym zamieniliśmy się rolami, gdzie on walczył z oknem a ja stałam po drugiej stronie, gdzie sycząc i wijąc się, symulowałam wejście szczura. - Doooobra!!SRU!!!- po czym z wdziękiem zamknął sobie okno na palcu wskazującym prawej reki. ( …..Chciałam tylko sprostować, ze tego wieczoru, oprócz zdecydowanego podniesienia ciśnienia u mojego męża I intensywnego zabarwienia się jego twarzy oraz palca na kolory mi do tej pory nieznane, nie nastąpiło żadne inne podniesienie… no może tylko podniesienie znajomości slow języka polskiego o kilka użytecznych, nie zawsze parlamentarnych, ale jakże użytecznych w tych sytuacjach zwrotów…. Demografia została rzucona w kat, robienie zdjęć w cholerę, za to nastąpiło chłodzenie palca poprzez przykładanie zamarzniętej, zdobycznej polskiej kaszanki, płacze i wymówki, ze to wszystko moja wina I niechby sobie szczury wchodziły….. ) Koniec. Wszystkie użyte w tym reportażu nazwiska oraz płcie zostały zmienione na korzyść właścicieli. Zmienione zostało tez oblicze pobitego, ale nie przez autorkę, tylko krzesło w lokalu, o czym pisze sławetny Wojtek. Jeśli kogoś przetoczyłam, przepraszam, przeoczyłam, to przepraszam, zrobię tak pewno jeszcze nie raz, złośliwie, bądź tez przez nieuwagę. Kończę, bo humor mi wyszedł, jak Lepperowi słoma z butów, wiec do następnego razu. Jeszcze jeden załącznik – jako niewieście niewątpliwie obdarzonej talentem pisarskim acz wątpliwie komputerowym, nie udało mi się zamieścić oryginalnych zapisów z “ Seksmisji”, idealnie wręcz pasujących do nastroju reportażu. Dlatego polecam w samotności się tam udać I posłuchać, jak się komuś podoba. ( www.seksmisja.art.pl/start.php - top ten- kobieta mnie bije….) Ilustracje- fragmenty pracy Dominika Cymera - www.nobdepot.com |
||||
| 01.11.2007 | AnnaWu | |||
LookBook.pl - satyr-icon - [Wielka draka w chińskiej dzielnicy]
webmaster: Jan Kurek - Kan'Jar